sobota, 23 stycznia 2010 03:09
Korea. Kraj, który statystycznemu Kowalskiemu kojarzy się zapewne z egzotyką, ryżem i igrzyskami olimpijskimi. No, może jeszcze z wojną albo jednym z filmów o Jamesie Bondzie. Pojęcie o koreańskiej historii, a tym bardziej kulturze, mamy mgliste, podświadomie szufladkujemy je jako „orient”, pakując do jednego wora razem z Chinami, Japonią, czy Kambodżą. Tymczasem nie należy pozwolić, by Korea zlała nam się z innymi państwami Dalekiego Wschodu w jedno. Zbyt wiele ma nam ona do zaoferowania na gruncie sztuki.
Korea jest bowiem krajem poetów. Poezja to dla Koreańczyków swoista „dyscyplina narodowa”, zawód poety należy do najbardziej poważanych. Niezależnie od pozycji i statusu społecznego, pisanie wierszy jest na porządku dziennym, a wielu młodych ludzi marzy o tym, by stać się mistrzami pióra. Podobnie jak oni marzył niegdyś pewien chłopiec, który na poboczu drogi znalazł tomik wierszy trędowatego Han Ha Wuna i nad ich lekturą przepłakał całą noc. Wtedy właśnie narodziło się jego marzenie, które urzeczywistniło się do tego stopnia, że dziś, po wielu latach trudnego, burzliwego życia, jest uważany za najwybitniejszego współczesnego poetę koreańskiego.Mowa o Ko Unie – byłym mnichu buddyjskim, koreańskim niepodległościowym działaczu, mężu i ojcu, niedoszłym samobójcy, autorze ponad stu trzydziestu powieści, tomików wierszy i innych dzieł, między którymi pewne uważane są już za klasykę literatury koreańskiej.
Ko Un urodził się 1 sierpnia 1933 roku, chociaż na jego oficjalnej stronie internetowej można znaleźć informację, że narodził się po raz pierwszy w 1125 roku przed Chrystusem jako klacz nad brzegiem morza Kaspijskiego, w 73 roku p.n.e. po raz kolejny, tym razem jako człowiek – dziecko-szaman na Syberii. Lista jego wcieleń z naszej ery obejmuje m.in. właściciela gospody, pastuszka, czy niepiśmiennego zbieracza chrustu. Skupmy się jednak na godnych uwagi wydarzeniach z aktualnego życia Ko Una.
Jako nastolatek zetknął się bezpośrednio z okrucieństwem wojny. Po jej zakończeniu udał się do klasztoru buddyjskiego. Szybko awansował w hierarchii buddyjskiej, zajmował wysokie stanowiska, jednak porzucił klasztor i powrócił do życia świeckiego dla literatury. W tym okresie życia dwukrotnie podejmował próby samobójcze (raz jeszcze będąc mnichem i raz niedługo po odejściu z klasztoru). Łut szczęścia, który umożliwił mu przeżycie, stał się dla niego bodźcem do dalszych działań. Ko Un zaczął demonstrować przeciwko wojskowej dyktaturze w Korei, został uwięziony i skazany na dożywotnie pozbawienie wolności, jednak po dwóch latach, na mocy amnestii, uwolniono go. Niedługo potem poślubił Lee Sang Whę, z którą ma córkę. Tworzył przez niemal całe życie. Pierwsze publikacje pojawiły się w 1960 roku, do dzisiaj napisał oszałamiającą liczbę książek, tomów poezji i poematów, z których na szczególną uwagę zasługuje cykliczne dzieło „Dziesięć tysięcy istnień”, w którym opisuje zarówno postacie historyczne, jak i poznanych przez siebie osobiście prostych ludzi.
Co jednak można konkretnie powiedzieć o poezji Ko Una? W zeszłym roku pojawił się nakładem wydawnictwa Znak pierwszy w naszym kraju tomik jego wierszy – „Raptem deszcz”. Nie dalej jak wczoraj udało mi się, cudem prawie, zdobyć jeden egzemplarz z prawie wyczerpanego w Krakowie nakładu. Zaciekawiona zasiadłam do czytania. A lektura wciągnęła mnie do tego stopnia, że absolutnie zakochałam się w twórczości tego poety.
Nie było to moje debiutanckie podejście do poezji koreańskiej. Pierwszy tomik z wierszami dwudziestowiecznych poetów z Korei – „Mgła jedwabna” - został wydany w roku 2005 przez wydawnictwo Dialog. Zamieszczono tam utwory trzech autorów – Kima Soweola, Yuna Dongju i Seo Jeongju. Były one dla mnie swoistym punktem odniesienia podczas lektury Ko Una. Jednak jego ekspresja to zupełnie inna jakość. W twórczości Ko Una więcej jest brutalności i dosadności.
Twórczość poetów koreańskich może zachwycić miłośników haiku. Jest w niej obecne charakterystyczne „łapanie chwili”, przy czym nie ujmuje się go w sztywne formy, nie ogranicza ilości wersów. Jest to opisywanie danego momentu w sposób naturalny, adekwatny do przeżyć autora. W tomiku „Raptem deszcz” znalazło się kilka wierszy z cyklu „Kwiaty chwili”. Polskiemu czytelnikowi rzuci się w oczy jeden z nich, opisujący w pięciu wersach wizytę w Auschwitz. Zarówno ten, jak i pozostałe utwory, są wyraźnie nacechowane „haikowym” podejściem do pisania.
Ko Un i inni współcześni poeci koreańscy (jak zostało nadmienione we wstępie do „Mgły jedwabnej”) mają wiele wspólnego z naszymi rodzimymi autorami. Korea również była nękana przez wojny, walczyła o swoją niepodległość. W poezji tej przewijają się podobne hasła i bolączki. Przypomnijmy sobie chociażby „Do Matki Polki” Mickiewicza i porównajmy z poniższym fragmentem wiersza Ko Una „Droga wczesnym rankiem”:
„(...)Matko,
Twój sędziwy syn wyrusza na bitwę
I niewątpliwie nadejdzie ten dzień
Podtrzymywany przez pięć tysięcy lat historii
Nasz naród będzie jednym”[1]
Bez trudu dostrzeżemy podobieństwo pewnych motywów.
Poezję Ko Una ubogaca piętno filozofii zen i buddyzmu. Wiersze cechuje niezwykła prostota, ich treść – szukanie złotego środka. Jak chociażby w porównywaniu się podmiotu lirycznego do dzieci Pigmejów w wierszu „Umiejętność pisania”:
„(...)Przekleństwem tych dzieci jest analfabetyzm,
A moim – moje dziesięć tysięcy książek (...)”
W notce od redakcji, zamykającej tomik „Raptem deszcz”, można przeczytać, że Ko Un „minimalizuje język, lub wręcz uwalnia się od niego”. O tak, ten minimalizm jest wyraźnie widoczny i – nie ukrywam - zachwycający. Co więcej – w minimalistyczny sposób poeta przekazuje ciekawe przemyślenia. W tej formie dotrą one do każdego czytelnika.
Poruszająca jest również brutalność poszczególnych utworów. Rzeczy makabryczne („Matka”, „Pewien ptak”) autor opisuje z niezwykłym spokojem, co sprawia, że treść oddziałuje na czytelnika jeszcze mocniej i głębiej. Co więcej – w tomiku „Raptem deszcz” nie znajdziemy wierszy o treści miłosnej, ani opisujących innych rozkoszy. Lektura jest czasami brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Zarówno tą fizyczną, jak i duchową.
Jednak w tej brutalności można znaleźć piękno. Chociaż czasem brak w poezji Ko Una optymizmu, jest w niej pewien zachwyt, czy może raczej przywiązanie do życia. Całość wywiera wielkie wrażenie. Prostota wierszy Ko Una paradoksalnie zawiera w sobie rozmach, jaki według mnie najlepiej oddaje fragment wiersza „Słońce”:
„(...) Być żywym – to morze,
na którym nie widać nawet żagla”.
Ko Un odwiedził ostatnio Polskę. W Krakowie, podczas Festiwalu Literackiego im. Czesława Miłosza, czytał swoje wiersze. Jego występ zaskoczył i zachwycił publikę – swoją poezję Ko Un wręcz wykrzyczał ku widowni. Ja jednak myślę, że krzyk jest tej poezji niepotrzebny. Sama treść oddziałuje w wystarczająco silny sposób. Doświadczyłam tego na własnej skórze, w zupełnej ciszy pochłaniając wiersz za wierszem – słowa poety brzmią w głowie czytelnika niezwykle głośno.
Cóż rzec więcej? Zachęcam do lektury, zarówno (i zarazem przede wszystkim) Ko Una, jak i innych koreańskich poetów. Tak to już jest z wierszami, że lepiej je czytać, niż o nich mówić. Długo można by pisać i analizować, jednak prawdziwe piękno znajdziecie tylko i wyłącznie w tomiku. Życzę miłej lektury!
Katarzyna Tosia Florkowska
Bibliografia:
- Ko Un – „Raptem deszcz”, tłumaczenie: Mieczysław Godyń, Adam Szostkiewicz, wyd. Znak (2009)
- „Mgła jedwabna – wybór poezji koreańskiej XX wieku”, tłumaczenie: Choi Sung Eun, Beata Bogusz, wyd. Dialog (2005)
Komentarze