wtorek, 15 czerwca 2010 19:10
Być może niesprawiedliwie krytyka literackiego uważa się za pisarza, któremu „nie wyszło” i dlatego wyżywa się na tych, co (patrz: Mickiewicz, „co w ostrej świecisz bramie”) jednak potrafili przekuć umiejętność pisania na sukces literacki. Tego wrażenia niesprawiedliwości nie mam, kiedy mowa jest o znawcach literatury dziecięcej jako o tych, którym „nie wyszło” „dorosłe” literaturoznawstwo. Owszem, może w tej intelektualnej Sodomie znalazłoby się kilku przyzwoitych filologów, ale proszę was – jak mam traktować poważnie badaczy, którzy z uporem godnym lepszej sprawy walczą o nazywanie swojego przedmiotu badań „literaturą dla dzieci i młodzieży” – bo „dziecięca” to ta ‘tworzona przez dzieci’, więc mamy do czynienia z fundamentalną kwestią metodologiczną – a nie odróżniają klasyfikacji od typologii... z litości nie podam nazwisk i adresów bibliograficznych.
Kiedyś literatury dla dzieci nie było – opowieści o kłobukach, boginkach i krasnoludkach trafiały – jako obowiązująca mitologia – do wszystkich, a później, kiedy oraturę zastępowała literatura, dzieci uczono czytać na „dorosłych” książkach. Romantyczna emancypacja młodości otworzyła nowy rynek, na który nie wszyscy trafiali z własnej woli – jednym z bardziej pechowych przykładów tzw. przeadresowania jest przypadek Robinsona Crusoe: Defoe zamierzał napisać powieść eksperymentalną dla dorosłych, a wyszła mu przygodowa dla młodzieży. Ciekawe są jednak dowody na to, że Literatura jest Jedna: książki dla dzieci czytanie równie chętnie, a może nawet chętniej, przez dorosłych.
Powiedzmy sobie jasno, w tej kategorii liczy się tylko dwóch graczy: Antoine de Saint-Exupery i Lewis Carroll. Ba, te „dwa na słońcach swych przeciwnych – bogi” stanowią figurę odwiecznego antagonizmu między kulturą i kontrkulturą.
A ja mówię: powiedz mi, którą z tych książek wolisz, a powiem ci, kim jesteś.
„Mały Książę” jest książką dla dzieci, które już za młodu są wapniakami. „Alicja...” jest dla dorosłych, którzy zachowali w sobie na tyle dziecka, żeby wapniakami nie zostać.
Czytałem „Małego Księcia” jako mały gnojek i nie uważam tej książki za formującą. Przeleciała przeze mnie jak kapusta przez niską babę, jak wiele innych pozycji, które pochłaniałem masowo w wieku szczenięcym. Nie porwała mnie jak „Cyryl, gdzie jesteś?” Woroszylskiego, nie zafrapowała jak „Historyjki o żarówce” Herburgera. Zapamiętałem z niej słonia połkniętego przez węża boa – apologię wyobraźni i jedyny jej przebłysk w całej książce. Bo reszta jest śmiertelnie poważna, a powaga – jak słusznie stwierdził wspominany przez nas niedawno Roland Topor – jest wrogiem wyobraźni.
Exupery jest tak nieznośnie nachalny, że z trudem wytrzymałem powtórną lekturę, wymuszoną zdaje się przez jakieś dziewczę w czasach licealnych – bo wtedy ludzie mają z reguły pierwszy nawrót na „Księcia”. Księcia? Księdza! Od jego kaznodziejstwa rzygać się chce. To prosta mitologia, „wyjaśniająca” dziecku skomplikowany świat dorosłych. Tylko czemu tak wielu ludzi, osiągnąwszy wiek dojrzały nadal przyznaje się do fascynacji Małym Księdzem – czyżby nie byli w stanie ogarnąć intelektem bardziej złożonych narracji opisujących miłość, przyjaźń, odpowiedzialność i różne ludzkie typy?
O, ja wybieram „Alicję”. Nie dlatego, że uważa się ją za zakamuflowany opis narkotycznego tripu. Mnie bardziej odpowiada interpretacja oniryczna. Bardziej dlatego, że ta książeczka, nasmarowana dla jajec przez zdolnego matematyka dla znajomej dziewczynki prefiguruje młodemu czytelnikowi całą literaturę absurdu, a także Kafkę i Joyce’a.
Teraz to ja sobie robię jaja, tak? Niezupełnie. Co do absurdu każdy się zgodzi, że Alicja to zdecydowanie wyższa półka niż sympatyczna rymowanka Tuwima „Spadł kiedyś w lipcu śnieżek niebieski”. A czy nie kojarzy wam się z Kafką uporczywe wykorzystywanie przez Carrolla motywu procesu – nie tylko na końcu książki, ale i w opowieści/ogonie (tale/tail) Myszy?
Joyce dał ludzkości nowy gatunek literacki – „Ulissesa”. To taki tekst, w którym większość radości czytelniczej nie wypływa ze śledzenia fabuły, a z wyłapywania aluzji, nawiązań i oczek puszczonych przez autora we wszechogarniającej pończosze semiozy. Wystarczy porównać objętość „Alicji” i jak dotąd najbardziej wyczerpującego do niej komentarza, „The Annotated Alice” Gardnera, żeby zobaczyć, jak się ta stara, wiktoriańska opowiastka dla dzieci dysseminuje.
Carroll rządzi.
Piotr Ferlinghetti Ołowiak
Komentarze